sawam-nagłówek
Informacje o stowarzyszeniu


Kpt. rez. dr med. Jan Sieczkowski - pomysłodawca i siła napędowa Stowarzyszenia Absolwentów Wojskowej Akademii Medycznej.

Absolwent VII kursu. Wspaniały człowiek kolega, chirurg pragnący połączyć nas ponad czasem, podziałami, wbrew przeciwnościom losu. Długotrwała choroba wyrwała go pzredwcześnie w wieku 50 lat z naszych szeregów .

Poniżej zamieszczamy artykuł autorstwa płk prof. dr hab. med. Wiesława Wiktora Jędrzejczaka z "Gazety Lekarskiej" nr 1 (84) ze stycznia 1998 oraz "Wspomnienie o Janie Sieczkowskim" dr Janusza Szelugi.


Zestrzelony w locie

13 sierpnia 1997 był tym razem naprawdę pechowy. Zmarł kpt. rezerwy dr nauk medycznych Jasiu Sieczkowski, w kręgach absolwentów Wojskowej Akademii Medycznej znany również jako "Sieczka". Napisałem Jasiu Sieczkowski, gdyż dla bardzo wielu z nas był On kimś bliskim, Kimś szczególnym. Był duszą i animatorem całego środowiska i ulubieńcem otaczających to środowisko pięknych kobiet. Obok bowiem wielu innych zalet był Jasiu mężczyzną postawnym i bardzo przystojnym. Jest coś bardzo tragicznego, kiedy czterdziestokilkuletni człowiek wraca do Polski ze stypendium w Stanach z głową pełną pomysłów i rękami do ciężkiej pracy i nagle orientuje się, że ma w kości przerzut.

Jan Sieczkowski
Kpt. rez. dr n. med. Jan Sieczkowski

Jasiu urodzony został w Łowiczu, 1 maja 1947 r. i z tego Łowicza poszedł na WAM, który ukończył w 1970 r. Trafił do Marynarki Wojennej. Jak większość lekarzy wojskowych, specjalizację robił dojeżdżając z jednostki. W 1979 r. uzyskał "dwójkę" z chirurgii ale ciągle nie było dla niego miejsca w szpitalu wojskowym. Przeszedł więc do rezerwy i rozpoczął pracę
w II Katedrze i Klinice Chirurgii Ogólnej AM w Gdańsku, kierowanej przez prof. dr hab. med. Zdzisława Wajdę. Pod jego kierunkiem obronił w 1984 r. pracę doktorską pt. "Wyniki badań doświadczalnych i klinicznych autotransplantacji miąższu śledziony" i został adiunktem kliniki.

Praca doktorska i inne prowadzone w tym czasie badania w zakresie zakażeń chirurgicznych zbliżyły go do srodowiska immunologów i przez dwie kadencje (lata 1986 - 1992) Jasiu był członkiem Głównej Komisji Rewizyjnej Polskiego Towarzystwa Immunologicznego. W 1989 zorganizował w Gdyni Zjazd Krajowy tego Towarzystwa, zjazd który członkowie będą długo pamiętać. Ale był także Jasiu Członkiem-Założycielem Sekcji Zakażeń Chirurgicznych Towarzystwa Chirurgów Polskich i wieloletnim sekretarzem tej sekcji, od początku jej istnienia.

W 1993 r. wyjechał do słynnego MD Anderson Cancer Center w Houston w stanie Texas, gdzie pracował nad problemami raka trzustki. Wrócił do Polski w marcu, 1994 marząc o usamodzielnieniu się (miał już ponad 40 publikacji) i mając jeszcze jeden pomysł na utworzenie Stowarzyszenia Absolwentów WAM (SA WAM). I w tym właśnie momencie został "trafiony". Zakulał i badanie wykazało przerzut raka stercza do kości udowej. Pamiętam łzy w jego oczach, kiedy mnie o tym zawiadomił przy okazji wizyty w Warszawie. I to była chyba jedyna oznaka słabosci w tej ostatecznej próbie. Jasiu wrócił do pracy do Szpitala Marynarki Wojennnej w Gdańsku-Oliwie na oddział, w którym kiedyś ropbił specjalizację z chirurgii i postanowił podjąć walkę z chorobą, specjalizując się dalej w urologii.

Zaliczał kolejne staże i kolokwia. Jednocześnie otrzymywał radioterapię i przyjmował leki. Ale dla nas, wszystkich absolwentów WAM-u było widoczne co innego. Jasiu zorganizował swój wymarzony SAWAM i został jego pierwszym prezesem. Był genialnym organizatorem.

W ciągu trzech lat zorganizował trzy ogólnokrajowe zjazdy, z których każdy był lepszy od poprzedniego a ostatni, wpleciony w program obchodów Tysiąclecia Gdańska, był prawdziwym majstersztykiem. Wystarczy wspomnieć, że zjazd zaczął się mszą św. w Katedrze Oliwskiej i homilią księdza arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego. Następnie byo oficjalne otwarcie w Operze Bałtyckiej i wykład niżej podpisanego, laureata Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej zatytułowany "Współczesne pomysły na leczenie nowotworów". Obrady w Szpitalu Marynarki Wojennej (który akurat obchodził 65-lecie) i w... Dworze Artusa. Jednego dnia bal w Twierdzy Wisłoujście a drugiego na katamaranie.

Ten i poprzednie zjazdy zbliżały nie tylko absolwentów WAM-u, w większości już dawno poza wojskiem ale także wielu absolwentów innych uczelni medycznych, którzy przyjeżdżali na nie zauroczni atmosferą tego środowiska. Jego wypracowaną w latach poligonowych doświadczeń koleżeńskością, uznaniem dla fachowości i dla zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Jasiu odgrywał w nim trochę taką rolę jak Piotr Skrzynecki w Piwnicy pod Baranami.

Jasiu jak każdy wspaniały lekarz, wzbudzał zaufanie samym swoim wyglądem, ciepłem i życzliwością, którymi emanował, ogromną energią i wspaniałym zmysłem organizcyjnym. Wszyscy wiedzielismy, że jest źle, że w miejsce zaleczonych ognisk choroby pojawiają się nowe ale ciągle wydawało się, że jeszcze jeden rok, jeszcze dwa uda się wyciągnąć. Ostatni raz widziałem go w końcu czerwca 1997, kiedy przyjechał do Warszawy i poszliśmy wspólnie odwiedzić pierwszego rektora WAM, gen. prof. Mariana Garlickiego. Na jesieni Jasiu miał zdać egazmin z urologii. Nie zdążył.

Załamanie przyszło nagle. Jak powiedział na pogrzebie jeden z jego przyjaciół i ostatni przłożony kmdr dr med. Staszek Chabielski: "Pozostały po nim SAWAM i pamięć". Nie jest prawdą, że nie ma ludzi niezastąpionych. Ale oczywiście marzy się nam wszystkim absolwentom WAM-u aby znalazł się wśród nas ktoś, kto dzieło Jasia pociągnie. Że będzie ono żyło w pamięci jego następców. Podobnie jak pamięć. Żegnaj Janku!

płk prof. dr hab. med. Wiesław Wiktor Jędrzejczak
w imieniu Stowarzyszenia Absolwentów Wojskowej Akademii Medycznej i własnym

Janusz Szeluga*

WSPOMNIENIE O JANIE SIECZKOWSKIM ZAŁOŻYCIELU STOWARZYSZENIA ABSOLWENTÓW WOJSKOWEJ AKADEMII MEDYCZNEJ

(16kB)

Kolejna, VII Konferencja SAWAM o bioterroryźmie i magiczne miejsce, jakim jest dla mnie Kościelisko ,przywołało falę wspomnień o koledze Jasiu Sieczkowskim twórcy naszego Stowarzyszenia. Na WAM-ie zaczęliśmy studia w 1964 r. ,był to VII kurs płk Sobczyka i mjr. Dzięciołowskiego. Pochodziliśmy z pobliskich miejscowości on z Łowicza a ja z Kutna, więc mówiliśmy na siebie "Krajan", był to jego pomysł. To, że znalazł się w WAM-ie zainspirował Zbyszek Maziarz, też pochodzącego z Łowicza, który przed Jasiem i przed jego ojcem dyrektorem miejscowego Liceum Ogólnokształcącego, roztoczył wspaniale perspektywy, jakie będą Jasia czekać po ukończeniu uczelni. Byliśmy w trzecim plutonie u por. Kumańskiego i w tej samej grupie studenckiej, co Jurek Stodolny, Henio Śmiłowski, Marek Szurmiński, Włodek Szepielow, Edek Soboń, Henio Strużyński, Andrzej Świrski, Jasio Talar, Wacek Stępniewski - współredaktor Septimusa. Potem "Krajan" przeniósł się do pierwszego plutonu.

Stosunek kolegów do "Krajana" może tylko oddać wydarzenie, które utkwiło w mojej pamięci. Było to, być może, pod koniec drugiego roku studiów, gdy dowiedziałem się, że Krajan się żeni. Ślub w kościele na Bautach o 18.00. Kiedy młoda para wychodziła z kościoła, koledzy podchorążowie ustawili się w szpaler. Było nas chyba z 15 a 6 trzymało w pozycji, jak do salwy honorowej, pmk-AK, "p o b r a n e" z magazynu broni i przywiezione w torbach podróżnych. Szczególnie wsławił się kpr. pchor. Berliński, który przywiózł w jednej torbie 4 pmk-Ak. Po uroczystości zaślubin, które wyglądały, jak manifestacja patriotyczna ku uciesze wiernych wychodzących z kościoła, wróciliśmy na Źródłową.

Był wtedy rok 1966-67 i ślub w mundurze w kościele, chodzenie w mundurze do kościoła, nie mówiąc już o wynoszeniu broni z magazynu, groziło wyrzuceniem z WAM-u i wcielenia na dwa lata do jednostki wojskowej albo o wiele gorszymi konsekwencjami. Liczyła się jeszcze wtedy odwaga, koleżeństwo i fantazja podchorążacka.

Staż podyplomowy odbywaliśmy w 7 Szpitalu Marynarki Wojennej. Była tam grupa lekarzy o wielkich horyzontach zawodowych i towarzyskich, których styl życia bardzo nam stażystom imponował. Uprawiali różne sporty w tym żeglarstwo, tenis, narty zimą i obowiązkowo raz w tygodniu basen z sauną. Komandorzy dr med. Andrzej Myszkowski i nieżyjący już dr med. Jan Piełowski wybierając się, jak co roku do Murowańca a był to 1971 r., zabrali ze sobą grupę stażystów to jest Krajana, Wojtka Hartenbergera i mnie. Właśnie tam w Murowańcu poznawaliśmy, czym naprawdę są góry. Pewnego słonecznego przedpołudnia wyszliśmy z Krajanem ze schroniska zamierzając dojść do Zakopanego przez Boczań i Kużnice. Byliśmy prawie w połowie drogi, kiedy dochodziliśmy do miejsca zwanego Piekiełko zerwał się halny. Siła wiatru była tak wielka,że na początku próbowaliśmy iść na kolanach, potem czołgaliśmy się po śniegu a mimo to wiatr podrywał mnie do góry, trzymałem się Krajana za nogi, bo on był z przodu i był ode mnie cięższy, ale nie mógł posuwać się do przodu, bo miał zasypane śniegiem okulary.Zaczęliśmy wyczołgiwać się z tego piekielnego miejsca jak gąsienica do tyłu trzymając się razem. Musiało to trwać bardzo długo, chociaż wydawało się, że minęło kilka chwil. Obserwowali nas jacyś ludzie, którzy powiadomili GOPR. Udało nam się wycofać poza grań. W drodze powrotnej spotkaliśmy ratownika, który szedł nam na ratunek, nazywał się Giewont, z nim wróciliśmy do schroniska i wyprawiliśmy party z okazji uratowanego życia.

Ćwierć wieku później, spotkałem Krajana w Gdańsku. Wracał z Kliniki Chirurgicznej na Łąkowej, gdzie pracował od wielu lat. Spacerując po Starówce Gdańskiej, w piękny ciepły słoneczny wiosenny dzień, rozmawialiśmy o zorganizowaniu Zjazdu naszego roku, Jan podzielił się ze mną swoją koncepcją założeniu stowarzyszenia wszystkich Wamowców o czy wcześniej już rozmawiał z Helusiem (Heliodorem Kasprzakiem)

Potem było wiele spotkań, powstawała coraz większa koalicja koleżeńska. Z niebytu wyłaniało się Stowarzyszenie. Wiele bardzo ważnych spotkań organizacyjnych odbyło się w Przychodni w Gdyni na Armii Krajowej 44 u Andrzeja Bartnickiego, także w Jacht Klubie Marynarki Wojennej w Gdyni. Przychodzili lub bywali na tych zebraniach Wojtek Śliwowski, Jurek Gawlikowski, Wojtek Hartenberger, Andrzej Górnikiewicz, Krzysztof Łukasik, Zbigniew Aleksandrowski, Konstanty Smuła, Zbigniew Kurkiewicz, Krzysztof Krakowiak.

Znakomite zebranie założycielskie Stowarzyszenia, któremu przewodniczył Jan Sieczkowski, odbyło się Hotelu Gdynia. Uświadomiliśmy sobie wówczas wspólnotę interesów zarówno tych kolegów Wamowców będących już w cywilu jak i tych, którzy jeszcze służyli. Wielkim wsparciem dla zawiązującego się Stowarzyszenia i osobiście dla Jana Sieczkowskiego, było przystąpienie Wamowców posiadających wielki autorytet w środowisku lekarzy wojskowych, w Marynarce Wojennej oraz władzach samorządowych Heliodora Kasprzaka, Piotra Łyczaka, Ryszarda Zawadzkiego, Andrzeja Probuckiego, Kazimierza Dęgi, Mariana Kentnera, Stanisława Chabielskiego, Antoniego Krasickiego, Andrzeja Bartnickiego. Właśnie w Hotelu Gdynia Jan Sieczkowski zorganizował niezapomniany pierwszy Bal SAWAM-u pod patronatem Pana Prezydenta RP, Dowódcy Marynarki Wojennej RP i Rektora WAM. Od tego momentu do Stowarzyszenia, które miało charakter regionalny zaczęli się zgłaszać koledzy z innych stron kraju.

Podczas Pierwszego Zjazdu SAWAM miało miejsce zdarzenie, które zaważyło o późniejszym charakterze Stowarzyszenia. Rektor WAM, którym był wówczas Pan gen. bryg. prof. dr hab med. Władysław Tkaczewski, poinformował, że w WAM-ie w Łodzi istnieje już Stowarzyszenie Lekarzy Wojskowych, jednakże jego działalność nie ma w sobie tego entuzjazmu, co nasze i postanawia przyłączyć się do nas wraz z jego członkami. Ten niezwykle przychylny gest ówczesnego Rektora WAM ogromnie wzmocnił pozycję prezesa SAWAM Jana Sieczkowskiego i od tego momentu lawinowo rozrosły się szeregi Stowarzyszenia

Oryginalnym pomysłem Jana Sieczkowskiego, jest formuła zjazdów koleżeńskich.

Mają one charakter naukowy i towarzyski. Każde spotkanie składa się z konferencji naukowej poświęconej najnowszym osiągnięciom naukowym Wamowców i kończy się Balem. Zawsze zapraszane są osoby podkreślające prestiż Zjazdów. Byli na nich wszyscy JM Rektorzy WAM: gen. bryg. prof. dr hab med. Marian Garlicki, kontradm. prof. dr med. Wiesław Łaciński, płk prof. dr hab. med. Tadeusz Brzeziński, płk prof. dr hab. med. Jan Chojnacki, wybitni dowódcy wojskowi a wśród nich adm. R. Waga. Swoje wsparcie Stowarzyszeniu w jego początkowym okresie okazała także ówczesna prezydent Gdyni a następnie minister zdrowia śp. Franciszka Cegielska.

Przedostatni raz widziałam Krajana na Zjeździe SAWAM-u w Gdańsku, który był kolejnym sukcesem Jego niezwykłego talentu organizacyjnego a zarazem Jego pożegnaniem z przyjaciółmi. Rozmach tego Zjazdu był w skali, jaką Krajan lubił. Sesja plenarna odbyła się w Ratuszu Miasta Głównego następnie w Dworze Artusa, koncert w Operze Bałtyckiej i party w plenerze Twierdzy Wisłoujście. Zjazd zakończył rejs katamaranem Rubin po Zatoce Gdańskiej. Już wtedy Prezes SAWAM Jan Sieczkowski był ciężko chory na najstraszliwszą nieuleczalną chorobę, ale miał jeszcze cień nadziei. Ostatni raz widziałem Go dwa miesiące przed odejściem na zawsze. Jego cierpienie było dla mnie porażające, nie w wymiarze fizycznym, ale psychiczne. Nie spotkałem do tej pory nikogo, kto by posiadał tak wielką bolesną świadomość swojego odchodzenia. Miał wiele do zrobienia dla swoich najbliższych i dla przyjaciół.

Pozostawił po sobie dzieło - SAWAM, którego znaczenie odkrywamy za każdym razem na nowo.

Podejmując się zorganizowania lekarzy Wamowców w Stowarzyszenie musiał przełamać stare schematy myślenia, które funkcjonowały w środowisku Wojska, że służbę należy przedkładać ponad wszystko a na koleżeństwo nie starcza już miejsca. Tam, gdzie jest służba, nie ma miejsca na koleżeństwo Jan Sieczkowski postawił na koleżeństwo i okazało się, że to było właśnie tym, czego nam brakowało. Stowarzyszenie dokonało przełomu w relacjach międzyludzkich odkrywając nowe obszary ludzkiej godności, również nowy wymiar tych spotkań. W spojrzeniu na piramidę tytułów i stopni.

Nauczyciele, sławni lekarze i ich uczniowie służący niejednokrotnie w zielonych garnizonach spotykają się i wymieniają poglądy. Bez Stowarzyszenia takie procesy integrujące Wamowców, nigdy by nie mogły zaistnieć. Jakże byśmy byli ubodzy bez poczucia dumy z ukończenia jedynej, już nieistniejącej Wojskowej Akademii Medycznej i przynależności do szczególnej grupy zawodowej, lekarzy wojskowych - Wamowców. To zawdzięczamy Tobie Jasiu.

Pomyślałem sobie,że jeśli ograniczę się tylko do własnych wspomnień o Janie Sieczkowskim,to pominę wiele istotnych faktów i spowoduję, że obraz Jego postać będzie niepełny i jednostronny. Dlatego poprosiłem kilku kolegów, którzy pomagali Janowi Sieczkowskiemu w zakładaniu Stowarzyszenia o garść wspomnień.

Pierwszym był Andrzej Bartnicki Kierownik Miejskiej Przychodni Lekarskiej w Gdyni przy ul. Armii Krajowej 44. W jego gabinecie, który w szlachetnym geście udostępniał kolegom, odbyło się najwięcej spotkań grupy założycielskiej SAWAM.

Zapis Rozmowy. Andrzej Bartnicki (AB), Janusz Szeluga (JS)

-(AB) Jasio wrócił z 14 miesięcznego stażu, był to staż chirurgiczny w Sanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.
Było spotkanie menadżerów opieki zdrowotnej w Gdańsku, On się tam pojawił i zaczęliśmy rozmawiać. Umówiliśmy się jedno spotkanie drugie i trzecie. Pomysł na pewno wypłynął od niego. Pomysł skupienia wokół siebie tych ludzi, którzy rozproszyli się, chodzi przede wszystkim o naszych "Wamowców", o stworzenie Stowarzyszenia. W miarę upływu czasu to wszystko się układało.
Jasiu był jak wiesz człowiekiem niezwykle aktywnym, ciągle musiał coś robić, był też człowiekiem, który zajmował się nie tylko medycyną, był humanistą w szeroko pojętym znaczeniu, takim znaczeniu, w jakim powinien być lekarz. Był dobrym lekarzem.
To się u niego w głowie pojawiło (to stowarzyszenie), wynikało to z potrzeby kontynuowania kontaktów z lat minionych, drugim punktem tego było stwierdzenie Jasia, że wszyscy koledzy z WAM-u, z którymi on się spotyka odnoszą sukcesy i według niego, co podzielam w mniejszym lub większym stopniu, absolwenci WAM są jakąś kastą szczególną ludzi, szczególnie wykształconych w duchu wielkiego humanizmu, pomimo, że wydawać by się mogło, że są to tylko lekarze wojskowi, co nie jest prawdą, bo ci Wamowcy, z którymi on się spotykał, odnosili sukcesy, zresztą on sam odniósł sukces zawodowy, pracował w klinice chirurgii ogólnej, skąd był kierowany na te wszystkie staże. Na pewno odniósł więc zawodowy sukces a przecież miał potrzebę odnawiania i tworzenia przyjaźni. Potem zaczęliśmy się zastanawiać, kogo by dokooptować do tej grupy założycielskiej, inicjatywnej, która by to mogła zrobić.

-(JS) Bo to był rok chyba 1996

-(AB) Tak chyba na przełomie 95/96. Zrobiliśmy przegląd wszystkich naszych kolegów, którzy byli "w zasięgu ręki", których można by było skrzyknąć, którzy chcieliby podziałać w ten sposób. Wymagało to trochę pracy, ponieważ założenie stowarzyszenia to są kwestie prawne oraz administracyjne, to wszystko trzeba było zrobić.
Nie ukrywam, że umiał wokół siebie gromadzić ludzi, którzy chcieli robić w narzuconym przez niego tempie te zadania, o których żeśmy myśleli.

-(JS) Pamiętasz może, którzy koledzy pojawili się na początku.

-(AB) Na początku to był Jasiu i ja, to był Łukasik Krzysztof, Andrzej Górnikiewicz, który ma duże zacięcie prawne i na początku pomógł nam bardzo w kształtowaniu prawnym i Stowarzyszenia, statutu i przejścia wszystkich stopni administracyjno prawnych. To był Mirek Domosławski, to byłeś ty. Później weszli ławą koledzy ze Szpitala Marynarki Wojennej z Oliwy, już nie pamiętam, kto był wtedy Komendantem.

-(JS) Rysiu Zawadzki.

-(AB) Rysiu Zawadzki on bardzo chętnie nawiązał z nami współpracę. Bardzo szeroko odpowiedzieli nam koledzy z całej Polski i bardzo szybko odbył się Zjazd założycielski.

-(JS) Zjazd założycielski w hotelu Gdynia.

-(AB) Była na nim pani prezydent Franciszka Cegielskia, był admirał Waga ówczesny dowódca Marynarki Wojennej, otrzymaliśmy wtedy listy poparcia i zachęty od Ministra Obrony Narodowej. Ten Zjazd założycielski w hotelu Gdynia bardzo szybko ukształtował nasze Stowarzyszenie. Później siedziba Stowarzyszenia została przeniesiona do Szpitala Marynarki Wojennej.

-(JS) Przez dłuższy czas była tutaj w Gdyni...

-(AB) Tak. Przez dłuższy czas była w Gdyni na Armii Krajowej. Drugi Zjazd, to był taki zjazd wspomnień, gościliśmy naszego Rektora Adm. prof. Łasińskiego. Zjazd odbył się tutaj, w Riwierze w Gdyni. Powstał znaczek Stowarzyszenia, powstała honorowa odznaka Stowarzyszenia, złote odznaki wręczaliśmy szczególnie zasłużonym dla WAM-u i dla wojskowej służby zdrowia. Odznakę numer jeden otrzymał Admirał Łasiński. Potem spotykaliśmy się cyklicznie. Stowarzyszenie się zmieniało, ale Jasiu trwał na funkcji prezesa niezmiennie do ostatnich swoich dni. Załamała go choroba w dosyć krótkim czasie. Teraz patrząc, to widać jak rozwinęła się błyskawicznie. Podejrzewam, że ta choroba przebiegała u niego w jakiś podstępny sposób. Była maskowana dolegliwościami stawowymi. Jan miał całe życie kłopoty ze stawami i to nałożenie chyba zamaskowało chorobę, która, jak się później okazało była chorobą śmiertelną. Nie było sposobu na uratowanie go. Żal.

-(JS) Wróćmy do tworzenia Stowarzyszenia, ten proces był niezwykle ciekawy i zaskakująco twórczy.

-(AB) Bardzo twórczy, okazało się, że On umiał sobie pozyskać takich współpracowników dla swojej idei, którzy w różnych dziedzinach mieli osiągnięcia. Wnosili wkład czy to od strony prawnej czy administracyjnej no i kontakty. Wtedy było to bardzo ważne i potrzebne. To wszystko nam pomogło, aby Stowarzyszenie szybko powstało. Powstało bardzo szybko i szybko znaleźliśmy lokal.

-(JS) Pamiętasz kolegów, którzy przyjechali na ten Zjazd założycielski, kto był jeszcze z zewnątrz?

-(AB) Była bardzo duża reprezentacja z Bydgoszczy, Łodzi. Przecież duży Zjazd odbył się też w Łodzi. Podczas tego zjazdu była już zafiksowana bardzo szeroka współpraca z władzami i Rektoratem WAM. W Łodzi były dwa takie Zjazdy. Później niestety zaczęła się sypać Akademia no i zachorował Jasiu. Stowarzyszenie istnieje, Stowarzyszenie się spotyka, ostatni Zjazd Stowarzyszenia był przecież w Juracie.

-(JS) Ostatni Zjazd, czyli VII był w Zakopanym.

-(AB) Ja nie dostałem zaproszenia.

-(JS) Czemu nie dostałeś zaproszenia?

-(AB) Nie wiem może nie mają adresu.

-(JS) HA! HA!

-(AB) W każdym bądź razie władze Stowarzyszenia zmieniają się, ludzie odchodzą do nowych obowiązków, nie mogą przecież pełnić cały czas tych samych funkcji. Ale był taki moment, że Stowarzyszenie za życia Jasia liczyło ponad czterysta osób. To jest bardzo duża grupa ludzi, która podpisała deklaracje, teraz nie wiem ile jest, ale liczba ta spadła. W każdym razie idea była sympatyczna, idea była fajna, niestety, tak jak na wszystko, nakładają się teraz trudności ogólne, bym to nazwał: trudności każdego z nas. Każdy goni, jest zabiegany, każdy z nas ma jakieś obowiązki.

-(JS) W Stowarzyszeniu są to ludzie raczej starszej generacji, natomiast nie ma młodych.

-(AB) To chyba wynika z tego, że młodzi są potwornie zabiegani nie dorobili się jeszcze na tyle żeby mieć trochę czasu i spokoju żeby można się było spotkać. Obciążenie w pracy lekarza teraz jest niezwykłe, bo wszędzie marnie można zarobić, żeby zarobić musi pracować 24 albo 48 godzin na dobę.
Jasiu był bardzo pogodny i potrafił najbardziej trudną sytuację szybko rozładować, był człowiekiem, który umiał się dobrze bawić.

-(JS) Pozostawił coś naprawdę fantastycznego, bo Jego oryginalnym pomysłem było, że On zorganizował jakby dwuczęściowy Zjazd Była część naukowa i część towarzyska.

-(AB) To było niezwykle sympatyczne, bo powrócił do teatrzyku "Verbum", odtworzył jakby ten teatrzyk na naszym Zjeździe. Koledzy popisywali się tymi samymi numerami, które były przez nich grane w Verbum przed trzydziestu laty. I jak to wszystko było sympatyczne i jak to bawiło, tak samo jak przed trzydziestu laty. Są rzeczy, które nie przemijają a on potrafił to wydobyć, i umiał się bawić, umiał zabawić towarzystwo, umiał rozładować sytuacje.

-(JS) Miał niesłychany talent do poruszania się wśród vipów, to było zupełnie zaskakujące.

-(AB) Umiał przekonać do siebie ludzi i nie miał problemów z dotarciem do nich. Jak go sekretarka wyrzucała drzwiami wracał oknem i musiał być przyjęty.

-(JS) Dla mnie było najdziwniejsze jak on to robił, że dotarł i do adm. Łasińskiego i do adm. Wagi.

-(AB) Jasio wchodził do Admiralicji, bo drzwi były dla niego otwarte: przychodził Jan Sieczkowski i musiały być otwarte. W Ministerstwie czy w Rektoracie też były otwarte drzwi. Umiał napisać pismo, umiał wejść do Prezydenta, umiał wejść do Wojewody i wszędzie był przyjmowany i poważany.

-(JS) Dostał z kancelarii Prezydenta RP list.

-(AB) Tak dostał list od ówczesnego Prezydenta Lecha Wałęsy, list poparcia dla tworzenia takiej instytucji, jaką było SAWAM. Wymyślenie przez niego nazwy Stowarzyszenia, wymyślenie przez niego znaczka, wymyślenie przez niego odznaki, on tym wszystkim żył, to się w nim jakby ciągle rodziło.

-(JS) Jasio wielką wagę przywiązywał do znaczka SAWAM.

-(AB) Tak do pewnych symboli, ale dla niego wielkim symbolem była WAM. Bardzo bolał, że podupadał na zdrowiu, już wtedy były tego oznaki.

-(JS) Tak, pamiętam,że na Zebraniu założycielskim, jednym z haseł jakie Jan głosił było, że trzeba bronić WAM przed upadkiem. Dostrzegł ten problem już wtedy, był to rok chyba 1995 a on już widział problem, który zrealizował się w roku 2002. Był wizjonerem.
Czy, jako chirurg możesz powiedzieć, w czym się Jasiu specjalizował, czym się zajmował w chirurgii.

-(AB) Jasiu specjalizował się w chirurgii naczyń i był adiunktem w klinice chirurgii w Akademii Medycznej w Gdańsku. Opuścił szeregi wojska, bo czasy w wojsku były takie, że nie mógł zrealizować się zawodowo. On od zawsze był chirurgiem, niestety układ, jaki był w wojsku w latach 80 zamknął mu drogę. Spowodował bardzo szybkie odejście i przeniesienie się do Kliniki Akademii Medycznej w Gdańsku i tam działał cały czas.

Drugą rozmową przeprowadziłem z Piotrem Lyczakiem (PŁ) Ordynatorem Oddziału Neurologicznego 7 Szpitala Marynarki Wojennej w Oliwie aktualnym Prezesem SAWAM.

-(PŁ) Byłem bardzo blisko Jasia, od początku tworzenia się naszego Stowarzyszenia. Kiedyś, pamiętam, spotkaliśmy się w Akademii Medycznej na jakimś zebraniu Polskiego Towarzystwa Lekarskiego na temat urazów czaszkowo mózgowych. W przerwie między obradami Jasiu zdradził mi ideę powołania Stowarzyszenia Wamowców. Wrócił właśnie bezpośrednio z Houston, to był chyba Cancer Center w Houston. Tam był pół roku. Wiem, że bardzo przygotowywał się do tego wyjazdu. Zdał egzamin w British Council z języka angielskiego i pojechał na staż do USA. Popełnił jeden błąd, bo pojechał tam bez wiedzy swojego mistrza i kiedy wrócił z gotową pracą habilitacyjną nie było dla niego miejsca, został zwyczajnie zwolniony. Ja byłem wtedy bardzo blisko Jasia i dzięki Rysiowi Zawadzkiemu i adm. Wadze, który był i nadal jest honorowym członkiem naszego Stowarzyszenia, stworzono dla Jasia etat w Szpitalu Marynarki Wojennej, ponieważ nie było etatu na chirurgii a Jasiu chciał się zająć urologią, więc dostał etat na urologii. Działo się to w takim przyspieszonym trybie, był przecież doskonałym chirurgiem, miał zdawać egzamin na jesieni, Jan Iwanicki był jego kierownikiem specjalizacji i to był 1997 rok. Snuliśmy jeszcze plany wspólnego wyjazdu na Światowy Kongres Neurologiczny w Buenos Aires. Nawet napisaliśmy wspólnie pracę naukową. Miała też pojechać Jego żona Ela, ponieważ jest świetnym neurologiem.

2 maja, kiedy Jasiowi pomogłem zorganizować 50 urodziny w WDW w Sopocie w Rusałce sprowadziłem tam orkiestrę, z którą mój wnuk zagrał na flecie, on był bardzo radosny wszyscy się bawiliśmy wspaniale i to było 20 dni przed naszym zjazdem, trzecim pamiętnym zjazdem Stowarzyszenia, dlatego, że był to zjazd wpisany w obchody 1000 lecia miasta Gdańska. Wykład inauguracyjny w Operze Bałtyckiej miał przyjaciel Jasia, wspaniały absolwent WAM-u Wiktor Wiesław Jędrzejczak. Wygłosił znakomity wykład na temat problemów immunologicznych choroby nowotworowej. Był to tak jasno poprowadzony wykład, że mimo bardzo zawikłanych problemów specjalistycznych i terminologii, to był zrozumiały przez każdego. W zasadzie dedykowany ten wykład był Jasiowi, Jasiu miał już wtedy zaawansowaną chorobę nowotworową, resztkami adrenaliny zwalczał ból. Miał ogromną motywację i chęć życia. Jeszcze snuliśmy projekty i Jasiu wiedział o zbliżającym się końcu i przekazał mi pałeczkę w Twierdzy Wisłoujście. Na dziedzińcu tej starodawnej warowni, gdzie kwaterowano żołnierzy strzegących od XVI w Gdańska.

Jasio stwierdził: "Tylko ty możesz SAWAM dalej poprowadzić, dlatego że czujesz to i masz pełne możliwości ku temu a także potrafisz porwać i zjednać kolegów". To było w 1997 roku, więc praktycznie to jest piąty rok od śmierci Jasia. Od tego czasu zorganizowaliśmy kilka zjazdów. W 1998 roku był pamiętny Zjazd organizowany przez prof. Radka. W 1999 roku mieliśmy przerwę, ale było zorganizowane Sympozjum Sportowe przy okazji Międzynarodowego Turnieju Tenisowego Lekarzy w Sopocie. To było Sympozjum na temat diagnozowania urazów sportowych i zajmowali się tym z ramienia naszego Stowarzyszenia Andrzej Galubiński i Lucjan Legan. W 2000r jak pamiętasz była przerwa, ale w 2001 r był zorganizowany Zjazd w Juracie na temat medycyny trzeciego tysiąclecia, bardzo udany zjazd. Bardzo ciekawa tematyka, bardzo duża frekwencja z niezapomnianą kapelą gdańską Detko Bend. W 2002 r., gdzie miałeś swój piękny wykład na temat psychopatologii osobowości terrorysty, zorganizowaliśmy Zjazd w Zakopanem. Szkoda tylko, że nie wszyscy koledzy dojechali, bo były kiepskie warunki na drogach i pewnie się tego przestraszyli, ale ten temat - bioterroryzm - był bardzo ciekawy i na czasie. Przygotował go zespół prof. Tadeusza Płusy i tam też zapadła decyzja, że następny Zjazd zorganizuje grupa kolegów z Warszawy, już mamy termin, będzie to ostatni tydzień września w Popowie. Jest to piękny ośrodek MSWiA. Trochę chcemy zmienić formułę Zjazdów, żeby zaprezentowały się poszczególne ośrodki. Będzie wykład wiodący, prezentacja osiągnięć ośrodka z perspektywami rozwoju w sytuacji, kiedy już nie ma WAM-u a jest tylko Wydział Lekarski i Wydział Wojskowy Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Jest to fuzja cywilnej AM w Łodzi i WAM-u. Dlatego też trzeba było zmienić formułę, bo zadania, liczebność armii i lekarzy wojskowych współcześnie się zmniejszy. Mówię to dla tego, że jednak ważne jest, że kontynuujemy myœl Jasia Sieczkowskiego

Poprosiłem również Heliodora Kasprzaka Kierownika Kliniki Neurochirurgii Akademii Medycznej w Bydgoszczy, który wspierał Jasia w najtrudniejszej fazie zawišzywania Stowarzyszenia o podzielenie się własnymi przeżyciami zwišzanymi z tamtym okresem i latami wczeœniejszymi, łšczyła ich, bowiem bliska,wieloletnia, przyjaŸń. (Wspomnienie w trakcie opracowywania i po zakończeniu zostanie dołšczone do niniejszego tekstu.)

Posłowie

Motto:

Jeżeli cierpisz to znaczy, że źle myślisz.

Bhagavan Sri Sathya Sai Baba

Po trzydziestu jeden latach znowu znalazłem się w Murowańcu, idąc śladem wspomnień, zapukałem do pokoju Ratowników GOPR. Ktoś mi powiedział, że ten ratownik Pan Tadeusz Giewont, który wyszedł Jasiowi i mnie na ratunek, odszedł na zawsze dwa lata temu, Jasio odszedł na zawsze pięć lat temu.

Przychodzimy nie wiadomo skąd i odchodzimy nie wiadomo, dokąd. Jedynie to, co pozostawimy po sobie w świadomości innych, ma realnś wartość. Nie bez przyczyny przywołałem sentencję, mojego nauczyciela, dotyczącą związków miedzy sposobem myślenia a doświadczanym cierpieniem. Cierpienie Jasia a potem Jego odejście dokonało przełomu w naszym środowisku. Jan Sieczkowski w końcowej fazie swojego, krótkiego życia, zrealizował najpiękniejszą ideę, pokazał nam wszystkim, że można się zjednoczyć,że można stać się siłą moralną, że można i trzeba wspierać kolegów i przyjaciół i że nigdy nie należy zapominać o nauczycielach. Zaszczepił dobre myślenie, bezcenny uzdrawiający kapitał dla nas wszystkich. Cześć Twojej Pamięci.

Janusz Szeluga

*) Byłem kronikarzem w początkowym okresie działalności SAWAM-u. Wspomnienie jest rozliczeniem się z powierzonej mi niegdyś funkcji przez Prezesa Jana Sieczkowskiego.

Gdańsk 24 luty 2003